Naprotechnologia – katolickie 'in vitro'?

autor: Monika Szostek-Kwapień , 2011-10-20
Naprotechnologia – katolickie 'in vitro'?
Naprotechnologia – słowo, które w dobie społecznej debaty na temat in vitro wywołuje sporo emocji. Przedstawiana jako alternatywa in vitro, ale czy słusznie? Akceptowana przez Kościół, ale czy skuteczna? Krytykowana przez zwolenników in vitro - dlaczego? Znana w Stanach Zjednoczonych od ponad trzydziestu lat – czemu dociera do nas dopiero teraz?

Trochę historii

Początki naprotechnologii sięgają lat 80. i wiążą się z osobą prof. Thomasa Hilgersa z Nebraski w USA oraz z założonym przez niego Instytutem Pawła VI. Długoletnie badania i analizy prowadzone przez ten instytut doprowadziły do stworzenia nowej metody leczenia, która głównie zajmuje się zaburzeniami związanymi z poczęciem dziecka czy też problemami z donoszeniem ciąży. Przez wiele lat naprotechnologia rozwijała się właściwie tylko w Stanach Zjednoczonych; dopiero niecałe dziesięć lat temu dotarła do Europy, a od niedawna znana jest Polsce - pierwsze małżeństwo z naszego kraju zdecydowało się na zastosowanie tej metody zaledwie dwa lata temu. Warto wspomnieć, że w całej Europie jest zaledwie kilkudziesięciu tzw. trenerów naprotechnologii - lekarzy specjalizujących się w tej metodzie. Naprotechnologia wśród wielu etyków uznawana jest za metodę leczenia niepłodności, która szanuje godność człowieka i może być alternatywą dla zapłodnienia in vitro. Rozwój naprotechnologii wspierany jest także przez Watykan - jej zwolennikiem był między innymi papież Jan Paweł II.

Trochę metodyki

Naprotechnologia to skrót angielskiego wyrażenia Natural Procreative Technology (metoda naturalnej prokreacji). Jest to jedna z naturalnych metod diagnozowania i leczenia niepłodności, która w dużej mierze polega na dokładnych obserwacjach organizmu kobiety.  Naprotechnologia oparta jest przede wszystkim na tzw. modelach płodności Creightona, czyli codziennej obserwacji śluzu (nawet kilkukrotnie w ciągu dnia), temperatury, ogólnego samopoczucia, itp. Modele płodności Creightona po raz pierwszy zostały opisane w 1980 roku i polegają one na znormalizowanych obserwacjach, odtworzeniu cyklu menstruacyjnego i sporządzeniu tzw. biologicznych markerów. Markery te dają informacje o dniach płodnych i niepłodnych, pozwalają na diagnostykę czy też informują o niepokojących symptomach świadczących o niepłodności. Metoda profesora Hilgersa ma zaś za zadanie nie tylko leczenie niepłodności, ale też stosowana jest w przypadku poronień czy ciąż zagrożonych. Specjaliści wskazują jednak, że przeciętny czas wykonania pełnej diagnostyki naprotechnologicznej może trwać nawet 24 miesiące. Naturalny charakter tej metody nie lekceważy oczywiście najnowszych osiągnięć medycyny. W naprotechnologii stosuje się bowiem także leczenie hormonalne czy też interwencje chirurgiczne.
Jak podkreślają znawcy metody profesora Hilgersa, naprotechnologia duży nacisk kładzie również na psychikę pary starającej się o dziecko. Lekarz diagnozujący pracuje nad stanem emocjonalnym małżonków, bo często to stres, ciężka praca, brak relaksu staje się przyczyną tymczasowej niepłodności. Eliminując nerwowe napięcie i zmęczenie, zwiększa się szanse na poczęcie dziecka.

Trochę spornych kwestii

Przeciwnicy tej metody mocno podkreślają, że poważnym błędem jest konfrontowanie in vitro z naprotechnologią i przedstawianie jej jako skutecznej alternatywy dla zapłodnienia pozaustrojowego. O ile bowiem naprotechnologia jest skuteczna w leczeniu i diagnozowaniu wielu przypadków niepłodności, to in vitro – zwane często zabiegiem ostatniej szansy – proponuje się parom, którym żadna inna metoda nie może już pomóc, a każde zastosowane dotychczas leczenie okazało się nieskuteczne. Szacuje się, że naprotechnologia jest całkowicie bezradna w ponad 60% przypadków niepłodności.

Trochę kontrowersji

- Naprotechnologia - to brzmi ciekawie, powinno się u nas w kraju wprowadzić tę metodę jako dominującą przy leczeniu bezpłodności, zanim namówi się parę na in vitro – mówi na jednym z for internetowych Gosia.

- To pseudonauka, metoda, która niepotrzebnie daje ludziom nadzieję. Tracą dwa lata na diagnostykę, a potem okazuje się, że w ich przypadku i tak jedyne, co może zadziałać, to in vitro – odpowiada Piotrek.

                               
Naprotechnologia budzi i będzie budzić kontrowersje. Na pewno - wspierana przez Kościół - jest pewną alternatywą dla par, które nie akceptują in vitro. Nie można też odmówić słuszności przeciwnikom naprotechnologii, który zarzucają jej całkowitą bezradność w większości przypadków niepłodności. Spierając się o metody walki z bezpłodnością gubimy jednak trochę sens tej dyskusji. Pamiętajmy, że co czwarta para w Polsce ma problem z płodnością. Dla każdej z nich wybór pomiędzy tą czy inną metodą leczenia to często życiowa decyzja - bardzo trudna, pełna wyrzeczeń i wielkich nadziei. I tej nadziei nikomu odbierać nie można.

drukuj poleć artykuł

Serwis Ciążowy.pl ma z założenia charakter wyłącznie informacyjno-edukacyjny. Zamieszczone tu materiały w żadnej mierze nie zastępują profesjonalnej porady medycznej. Przed zastosowaniem się do treści medycznych znajdujących się w naszym serwisie należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem.

Wasze komentarze:

renia
2009-10-08

Trudno mi jest ocenic ,ktora z metod jest wlasciwsza.Na szczescie nie musielismy z mezem stawac przed tak trudnym wyborem. Wiem tylko,ze kazda z par starajacych sie o dziecko zrobi wszystko by je miec.Czasem wzgledy religijne schodza na drugi plan a pojawienie sie malenstwa jest priorytetem.Bardzo wspolczuje takim parom i moge im tylko zyczyc by nie tracily nadziei i sie nie poddawaly.

renia
LadyBe
2010-04-07

Ja korzystałam z pomocy naprotechnologów- teraz jestem już w 7 miesiącu ciąży! :) Bardzo się cieszę, że na to natrafiłam, bo nie wiem, jak długo jeszcze trwałaby wciąż ta sama diagnostyka (czy raczej jej brak) i to samo nieefektywne leczenie. A problem był prosty do rozwiązania, tylko trzeba było go zdiagnozować, a to mógł tylko Model Creightona.
Nie rozumiem, czemu wszyscy ginekolodzy najmujący się rozrodczością nie nauczą się go i nie zainwestują w ten model diagnostyki, zamiast odżegnywać się od tego, bo katolickie.
Szkoda, że musiałam jeździć do naprotechnologa aż do Lublina na drugi koniec Polski, ale - było warto!! :) Ja polecam!

~LadyBe
ela
2010-05-27

Witam wszystkich.
LadyBe gratuluje i trzymam kciuki bo rozwiazanie tuz ,tuz.
Kazdy wybiera metode ,ktora bedzie dla niego najodpowiedniejsza.Jesli jedna nie przynosi efektu probuje kolejna. Nie nam posiadczkom dzieci w moim przypadku trojki oceniac slusznosc wyboru. Zawsze mozna podpowiedziec, doradzic ale wybor nazlezy do starajacych sie o malenstwo par.
Pozdrawiam .Ela.

~ela
kinga
2010-09-09

Witam.
Wybierajac metode nie kierujemy sie chwilowym kaprysem tylko czesto latami nieskutecznych prob posidania dziecka.
Nie mam dzieci i trudno mi wyobrazic sobie co czuje taka wlasnie para ale wydaje mi sie ,ze wcale nie jest latwe podjecie takiej czy innej decyzji. Sa to decyzje dokladnie przemyslane .
Kinga

~kinga
Sabinka
2010-10-27

Misza a ja znam wiele przypadków kobiet ktore po jednej udanej ciazy po in vitro zaszly w kolejna nawet jej nie planujac.
Ciaza powoduje wielkie zmieny w organizmie i byc moze odblokowuje sie cos co wczesniej przeszkadza poczeciu.
Wiec moze miec i znaczenie lecznicze.

~Sabinka
Kasia
2011-05-16

Dla mnie najważniejszy jest efekt końcowy.Miałam już in vitro, bez powodzenia ale i tak uważam to za coś niezwykłego i warto jeżeli kogoś na to stać spróbować jeszce raz. Dla mnie metody naturalne są bez sensu.W tych czasach jest niemożliwym nie stresować się, być spokojnym i wyluzowanym. Ta metoda jest wygodna tylko dla kościoła i osób silnie wierzących.Ja do nich nie należę.Oczywiście życzę powodzenia tym którym się udało.

~Kasia
inka
2011-11-21

A moja koleżanka po roku współpracy z lekarzem naprotechnologiem jest w 5 miesiacu ciaży!!!! a mysleli, z wszytskiego już próbowali...wreszcie sie udało :) a ja sie smiałam z tej naprotechnologi....WIARY LUDZIE, WIARY!!!!

~inka
AGUS
2012-08-17

NAPISZE KRÓTKO 1 LAT STARAN I NIC A W NAPRO 19 CYKL I CIĄŻA DAR BOŻY.TERAZ MAM ZOSKE JEST CUDNA I NASZA JAK JA TO CZESTO MOWIE Z MEŻEM.

~AGUS
kasia
2013-02-18

Będzie w częsciach, bo się nie mieszczę w 1000 znaków...
Problem w tym, że lekarze traktują cykl kobiety schematycznie- tj. każda ma mieć 28 dniowy i ich leczenie często sprowadza się do tego, aby hormonalnie wymusić, by był on 28 dniowy. To niestety się często nie sprawdza. Staraliśmy się z mężem o dziecko przez rok. Przyjmowałam różne hormony i leki- Clostilbelgyt, Estrofem, progesteron... Problem w tym, że lekarz kazał je brać w określonych dniach cyklu, zamiast dobrać leczenie indywidualnie do mojego cyklu (miałam długie cykle- nawet 40 dniowe).

~kasia
kasia
2013-02-18

Finalnie brałam progesteron przed owulacją, zamiast po niej, co tylko ją blokowało i miałam diagnozowane cykle bezowulacyjne. Co więcej- wszystkie cykle były monitorowane i lekarz (dodam, że renomowany) twierdził, że owulacja już była, chociaż z moich obserwacji wynikało coś innego. W końcu postanowiłam go nie słuchać, tylko zaufać moim obserwacjom. Oczywiście, wzięłam przepisane przez lekarza leki, ale w odpowiednich dniach cyklu. Udało się od razu- rodzę na dniach...

~kasia
kasia
2013-02-18

Nie jestem przeciwniczką in vitro, bo wiem, co to znaczy pragnienie posiadania dziecka. Ale czasem wystarczy obserwacja organizmu i krótka terapia hormonalna DOSTOSOWANA INDYWIDUALNIE do danego cyklu. Znam wiele przypadków, w których wystarczyła obserwacja cyklu, pomiar temperatury- a lekarze twierdzili, że tu to już tylko in vitro. Mam czasem wrażenie, że lekarze po prostu nie chcą się nauczyć naturalnych metod, a szkoda, bo współpraca z pacjentką byłaby dużo łatwiejsza, a leczenie krótsze... No właśnie- krótsze- lepiej leczyć się latami, płacąc za leki, monitoringi cyklu, w końcu in vitro. Lekarzom się to nie opłaca.

~kasia
Iza
2013-10-05

Co do wyciągania pieniędzy przez lekarzy zajmujących się in vitro, to ja wydałam mnóstwo pieniędzy i poświęciłam 2 lata, żeby się dowiedzieć od trenerów naprotechnologii (takich z mnóstwem certyfikatów z Warszawy), że to nic nie da. Dodam, że u mojego męża JESZCZE PRZED PODJĘCIEM PRÓB Z NAPROTECHNOLOGIĄ O CZYM WIEDZIELI TRENERZY, zdiagnozowano azospermię (brak plemników) spowodowany niewykształceniem nasioniowodów. Za to in vitro udało się po 3 tygodniach od pierwszej wizyty za pierwszym razem, będą bliźniaki, bo podano dwa zarodki jak chcieliśmy i żadnych zarodków nie trzeba było mrozić. Wielokrotnie wszytskim trenerom i na zajęciach indywidulanych i grupowych wspominałam o azospermii mojego męża spowodownej brakiem nasioniowodów i nikt nawet jednym słowem się nie zająknął, że naprotechnologia jest w naszym przypadku bezradna, dlatego proponuję uważać na naciągaczy i oszutów, których nie brak również wśród trenerów naprotechnologii.

~Iza
Lidia
2017-05-12

Leczę się naprotechnologicznie od roku. Już na pierwszej wizycie zostaliśmy z mężem gruntownie przebadani. Okazało się, że mam PCO, rozchwiane hormony, chorą trzustkę, endometriozę i niedrożny jajowód. W klinice In Vitro powiedzieliby mi, że jedynym wyjściem jest zapłodnienie pozaustrojowe. Na szczęście trafiliśmy do Instytutu Rodziny - tam po kolei zaradzili wszystkim moim problemom (operacyjne bądź farmakologicznie). Wyniki męża - ciężka oligozoospermia - także klasyfikowałby go tylko na In Vitro. Lekarze Napro odkryli jednak, że przyczyną tak słabego nasienia były żylaki powrózka nasiennego. Po ich operacyjnym usunięciu i dodatkowej suplementacji zarówno hormonalnej (clostilbegyt/letrozol) jak i witaminowej (l-karnityna, astaksantyna, koenzym q10, witamina E) wyniki znacznie się poprawiły. Polecam opinie innych par ze strony naproinfo pl

~Lidia

Najpopularniejsze artykuły

Urlop ojcowski
Staraniowy

Przydatne placówki

Felietony
Nasi Partnerzy: Międzynarodowa Fundacja na Rzecz Rozwoju Nauki i Promocji Zdrowia Przejdź na stronę IQON
Podmiot odpowiedzialny: International Science and Health Foundation, ul. Kunickiego 10, 30-134 Kraków, tel.: (12) 633 80 57, fax.: (12) 633 80 55