Dziś 28 marca, to 9 dzień wiosny, zostało mi 73 dni do daty porodu.
Odliczam już każdy dzień. Jestem w pracy, ale dopadło mnie takie lenistwo, że nie mogę się skupić na pracy.
Za oknem piękna pogoda, wszystko się budzi do życia. Wczoraj z mężem byliśmy na super spacerze na Wyspie, wiosnę faktycznie już wszędzie czuć.
Przypomina mi się co przeżywałam przed rokiem o tej porze. To już były ostatnie dni przed ślubem, miałam taki stres czy wszystko się dobrze uda. Pewnie że się udało. Nie ważne że jak pech to pech i ślub wypadł nam w dniu Katastrofy Smoleńskiej. Dla mnie był to rzeczywiście jeden z najpiękniejszych dni. Lubię pamięcią do niego wracać, chociaż wiele z tej pamięci w natłoku wrażeń uleciało.
A teraz – rok dalej, znajdujemy się w zupełnie innym etapie życia.
Też mam stres, ale to oczekiwanie nie ma porównania do tamtego oczekiwania. Wiele umiałam sobie wyobrazić, wszystko było przecież planowane z dużym przemyśleniem, ustaleniami z tyloma ludźmi, na wiele rzeczy miało się wpływ. No, jak się okazało nie na wszystko, bo jak siedziałam u fryzjera to spadł samolot, ale to co najistotniejsze dla nas postępowało do pewnego stopnia z jakimś wyznaczonym planem. A teraz?
Jak można zaplanować poród? Jak można sobie wyobrazić jak będzie wyglądał maluszek?
Wydaje mi się, że dobrze go znam, zaczepia mnie przecież nieustannie, łobuzuje, kopie, potrząsa moim brzuchem, ma swoje rytmy dnia i ulubione pory nocy. Ale jak mogę sobie zaplanować POTEM? W tym przypadku jest to zupełnie nie możliwe.
Bardzo się boję, mój lęk nasila się wraz z moim pogarszającym się niestety samopoczuciem.
Niewiele cieszy mnie wiosna i piękna pogoda, bo jak mam się cieszyć jak czuję się non stop zmęczona. Wiem, wiem, ciągle marudzę w tym blogu, ale ta ciąża faktycznie nie jest lekka i powodów do narzekania jak się okazuje mam sporo.
Spuchły mi już nogi trochę, zawsze chude patyki, a teraz nawet nie widać kostek. Zakupiłam płaskie buty i to o rozmiar większe, a i tak komfortu nie ma, parę kroków i nogi bolą, jakieś zastoje w łydkach mnie łapią. Brzuch jest przeogromny i co dzień czuję że robi się coraz większy. Waga: 71 kg. Nie da się nad nią zapanować. Skóra napięta na maxa, dziwne krostki, plamki i przebarwienia na dekoldzie i ramionach. Czuję się obco we własnej skórze.
Jutro mam wizytę u lekarza. Poproszę o zwolnienie do końca ciąży. Teraz będzie się dużo działo, już prawdopodobnie za kilkanaście dni otrzymamy klucze z mieszkania.
Będzie tyle do zrobienia. Bardzo chcę żebyśmy zdążyli. Mąż będzie miał masę pracy, potem nawet nie zdąży odpocząć i będzie nas trójka.
Dziś śmiało powiedzenie „Byle do wiosny” mogę zastąpić własnym „Byle do porodu” i jakoś to będzie.
A będzie dobrze – musi być. Muszę się trzymać tego scenariusza… :)
poprzedni post
Cała sztuka polega na tym,żeby będąc sobą być kimś wyjątkowym.