... to wstęp do katastrofy.
Zaplanowałam, że dziś wykonam zlecone przez lekarza badania. Tak akurat - zdążę odebrać wyniki przed wizytą, a przy tym będą one aktualne. Co miałam przebadać? Pewnie krew...jakaś standardowa morfologia... Wstaję rano, oczy się kleją, prysznic i szukamy listy badań do wykonania.
Pierwszy problem już mamy - mocz... EEEE... Siuśki już popłynęły, tak czy inaczej brak pojemniczka. Ok.. Kupię w aptece w przychodni, jakoś się to załatwi. No to wyruszam.
Jakimś cudem nie stoję w żadnym monstrualnym korku. Jestem w przychodni o 7 (tak jak otwierają laboratorium). Za badania muszę oczywiście zapłacić, bo mimo kosmicznych składek odprowadzanych od mojej pensji w rozumieniu naszego Państwa należy mi się niewiele. A to tylko dlatego, że wybieram płacić za lekarza prowadzącego, dzięki czemu chociaż USG mam częściej niż 3 razy podczas ciąży. Tak więc wniosek jak widać jest jeden - na badania też mnie stać.
Kilka minut w kolejce do opłacenia badań i oto jak przedstawia się sprawa - czyli: kolejny problem.
"Ma pani do wykonania badanie na glukozę z obiążeniem, a to jest potrzebna godzina po podaniu obciążenia. Teraz już nie zdążą pani tego zrobić, musi pani przyjechać jutro punktualnie o 7".
"Ale ja byłam o 7" - tu spieszę wyjaśnić, że badania wykonywane są do 8.15 więc aby zmieścić godzinną przerwę między kolejnymi pobraniami krwi trzeba się nieźle nagimnastykować. Pani wykazała jednak dobrą wolę - dzwoni i dowiaduje się, że zdążą mi jeszcze pobrać krew...gdyby... "a ma pani glukozę?" EEEE? Przyzwyczajona do badania prolaktyny z obciążeniem nie przypuszczam nawet, że tu obciążenie muszę zakupić sama. Opłata za badania to za mało. Czyli problem numer 3.
No i muszę przyznać, że z tej sytuacji nie wyszłam zwycięsko. Poległam. Nie mówiąc już o tym, że w drodze powrotnej korek mnie nie ominął. Ja pierdzielę - przecież jest dopiero 7.50 a tu failure goni failure. Aż się wierzyć nie chce, że spędziłam tak wczesny poranek na tak bezsensownej wycieczce.
Trudno - trzeba to przełknąć, najlepiej udając że powyższe w ogóle nie miało miejsca. Zacznijmy dzień jak zazwyczaj - poranna gimnastyka z doctorcathy (polecam filmy na youtube), potem śniadanie - jeśli wcześniej nie padnę z głodu.
Najgorsza w tym wszystkim jest świadomość, że na własną prośbę zgotowałam sobie te niespodzianki. Odpowiedzialnie byłoby przekonać się choćby wieczór wcześniej jakie badania miałam wykonać. Jestem o krok od tego, żeby zacząć się obwiniać, że jako przyszła matka powinnam być trochę bardziej ogarnięta. Tu na szczęście z pomocą idzie mi stereotyp rozkojarzonej ciężarnej. Ech...
Plan na jutro - siuśki do pojemniczka, glukoza ze sobą, wstać jeszcze wcześniej i dojechać przez otwarciem przychodni. Stratować po drodze jakichś emerytów, bo bez tego może się nie udać - ot do czego motywuje mnie SYSTEM.
poprzedni post