Losie, co za dzień.
Najłatwiej byłoby to zrzucić na hormony - może to nawet ich sprawka. W każdym razie dobre usprawiedliwienie dla faktu, że klnę i mam ochotę przywalić co drugiej napotkanej osobie. Niemiłej pani w tramwaju, która nie może się powstrzymać od komentarza, kiedy sprzedaje mi bilet; ludziom, którym nie przyjdzie do głowy ustąpić mi miejsca; chłystkowi, który idąc i plując prawie załatwił mi buty. Wrrrrr.... Chcę bić.
Chcę bić, bo denerwuję się o zdrowie dzidziusia. Odebrałam wyniki badań. Na początku ciąży bardzo przejmowałam się wynikami tsh z uwagi na niedpoczynność tarczycy. Kolejne badania pokazywały jednak, że nie ma się czym przejmować, hormony się ustabilizowały. Zupełnie nie spodziewałam się tego, co dziś zobaczyłam. Wynik tsh wskazuje na nadczynność. Panika. Próba umówienia się na wizytę do lekarza skutkuje szybką i sympatyczną konsultacją telefoniczną, gdzie jak zwykle mam szanszę się przekonać, że panikuję trochę niepotrzebnie. Dostałam wskazówki co zrobić i przede wszystkim jedną radę - "proszę się nie denerwować". Taaa... Trzyma mnie przy życiu świadomość, że jutro wizyta u ginekologa. Znowu będę mogła popodglądać, co sobie dzidziuś porabia.
poprzedni post