20 dni, przynajmniej teoretycznie.
Po kilku zdziwionych spojrzeniach znajomych na informację, że nie jestem jeszcze spakowana Mąż postanowił działać. Został zakupiony wreszcie fotelik dla Małego. Mąż nie ruszył się ze sklepu dopóki nie zgarnęłam z półek kilku brakujących rzeczy do szpitala, cierpliwie zniósł chodzenie po bieliźnianych sklepach, aż nie znalazłam odpowiedniej koszuli. Z powodu braku wymówek, spakowałam torbę.
Ciuszki i pieluszki zostały wyprane, wyprasowane, poukładane w szufladach dzidziusiowej komody. Folia zdjęta z materacyka. Wybrane ciuszki Malucha do szpitala. W zasadzie mogę rodzić. Tylko chciałabym, żeby Mały urósł jeszcze.
Pani położna podczas badania na szkole rodzenia uśmiecha się: "tu się jakaś kropeczka urodzi, lalka barbie!" Ech, raczej ken. Zdrowy, śliczny, maleńk Bąbelek.
Torba stoi i czeka - jak tykająca bomba zegarowa. A ja w doskonełej formie. Zastanawiam się, czy to już moment, kiedy powinnam zacząć narzekać - że ciężko, że boli, że już nie mogę. Mam wrażenie, że osoby pytające mnie o samopoczucie tego by oczekiwały. I jak się ma do tego mój dzisiejszy 2,5-godzinny spacer podczas którego przedzierałam się przez krzaczory i wlazłam w pokrzywy? Naprawdę jest super.
poprzedni post