35 tygodni ciąży. Kiedy zaczynałam zajęcia w szkole rodzenia i przyglądałam się dziewczynom, które wówczas zbiliżały się ku końcowi przypuszczałam, że jak będę na ich miejscu zacznie się stres. Podejrzewałam, że będę już nawet spakowana. Tymczasem gdzie mi tam do porodu!? Wciąż mam wrażenie, że zostało jeszcze wiele czasu. Wiele czasu aby się przygotować, zarówno psychicznie jak i pod względem zakupu koniecznych akcesoriów.
Nie chce mi się wierzyć, żeby Mały chciał wyjść szybciej niż wyliczył to pan doktor. Jest taki maleńki - niech sobie rośnie, bo w brzuszku jest bezpieczny. Nie opuszcza mnie takie przekonanie, że teraz jest zdrowy, idealny, bezpieczny, nic mu nie grozi, nie pojawią się żadne problemy, w całym znaczeniu tego słowa. A kiedy już się pojawi - nikt nie jest w stanie przewidzieć, co go czeka. Czy będzie sobie radził z jedzeniem, oddychaniem? Tak, wiem. Wciąż słyszę, że matka to z definicji już musi się martwić. I wiem, że to na zapas, bez żadnych podstaw. Z drugiej strony to co się wydarzy jest przecież tak zupełnie nieprzewidywalne.
Chcę wierzyć, że będzie tak samo idealnie jak do tej pory. Tak dobrze jak ja znoszę ciążę, dzidziuś będzie się czuł już na świecie. Wciąż zastanawiam się ile urósł od ostatniej wizyty. W przyszłym tygodniu się okaże jak duże jest to maleństwo. Czas mija bardzo szybko. I nie potrafię sobie chyba wyobrazić jak bardzo zmieni się moje życie już bardzo niedługo.
poprzedni post